W dzieciństwie podbierałam mamie i babci ubrania. Topiłam swoje małe stopy w czarnych obcasach z okrągłym noskiem, wypychałam staniki kłębkami wełny, niedbale zarzucałam na szyje długie naszyjniki lub szale. Stylizację dopełniały okulary przeciwsłoneczne w złotych, metalowych oprawkach, do których miałam słabość od dziecka. Przechadzałam się po pokoju, zarzucając biodrami to na prawo, to na lewo. Posyłałam kwiatom doniczkowym urocze spojrzenia, ćwiczyłam obroty, uśmiechy, gesty. Byłam jak te wszystkie panie z telewizji. Pewna siebie, przebojowa, gotowa by zdobyć świat.

A potem zaczęłam dorastać.

Mam wrażenie, że przeszłam przez ten etap w jedną noc. Po prostu któregoś ranka obudziłam się i nie poznałam swojego ciała, na którym nie wiedzieć czemu wyrosły piersi, włosy, pojawiły się pierwsze rozstępy, a kolejnej nocy także miesiączka. Pamiętam, jak krępowały mnie pierwsze dni w staniku i pierwsze zapakowane do plecaka podpaski. Pamiętam też śmiechy chłopców, którym przecież nikt nie wytłumaczył, że to, co się z nami dzieje, jest normalne. W końcu zajęcia dotyczące dojrzewania mieliśmy osobno. Podobno, by jednych nie krępowała obecność drugich. Ale czy naturalne procesy powinny nas w ogóle krępować?

Zaczęłam wstydzić się swojego ciała. Czuć, że czegoś mam za dużo lub za mało. Wątpić w swoje możliwości. Być smutna z powodu swojego wyglądu, a potem te smutki zajadać. Napędzać błędne koło, z którego niesamowicie trudno się wydostać. Wycofywać się. Ciało, które przecież dawało mi tyle możliwości, traktować jak swojego największego wroga. A system kulturowy, no cóż, systematycznie tę moją nienawiść do siebie podlewał.

Z każdej strony słuchałam, że wygląd jest najważniejszy i jest gwarantem sukcesu. Kobieta musi być atrakcyjna, zadbana, no i może w ostatniej kolejności mądra. Bo co jej po mądrości, jeśli nikt jej nie będzie chciał wysłuchać? W liceum ten wygląd stał się jeszcze ważniejszy, a docinki ze strony płci przeciwnej przestały być niewinnymi dowcipami o stanikach i podpaskach. Każdego dnia byłyśmy oceniane. Nie tylko przez rówieśników, ale i przez nauczycieli, którzy to nam, dziewczętom, zabraniali nosić koszulki na ramiączkach, spódniczki lub spodenki przed kolano. Nie mogłyśmy też robić sobie nosić wyrazistego makijażu, farbować włosów, za bardzo się wyróżniać. A jeśli to robiłyśmy – byłyśmy surowo i publicznie krytykowane. W najgorszym przypadku – nie wpuszczano nas rano do szkoły lub wprowadzano nowe rozporządzenie zakazujące danej części garderoby (niech żyją moje piękne rajstopy we wzorki!). A wszystko po to, byśmy były skromne, dobrze wychowane i co najistotniejsze – nie kusiły chłopców.

Nasze rozmowy też w dużej mierze skupiały się na wyglądzie. Rozmawiałyśmy o ćwiczeniach, krojach ubrań maskujących niedoskonałości sylwetki, specyfikach na rozstępy. Marzeniach o powiększeniu piersi (pamiętacie ten cudowny tekst z przodu deska, z tyłu deska?), laserowym usunięciu blizn. I oczywiście o dietach. Wszystko, co miało w sobie cukier, sól i tłuszcz było złe. Przynajmniej dla mnie. Za to ćwiczenie ponad siły, głodówki i widok wystających obojczyków napawał nadzieją, że kiedyś w końcu osiągnę sylwetkę, o jakiej marzę. Kilka miesięcy później byłam nie do poznania. Zrzuciłam 20 kg, ufarbowałam włosy na czerwono, zaczęłam nosić mocny makijaż. W końcu wszystko miało być tak jak sobie wymarzyłam – ubrania miały na mnie seksownie wisieć, kości policzkowe wystawać jak należy, a sukcesy w życiu osobistym i szkolnym dziać się same.

Tak jednak się nie stało. Zamiast tego byłam wściekła, wykończona, obolała i niesamowicie nieszczęśliwa. Kolejne kilogramy leciały, a ja patrząc w lustro, miałam w głowie tylko jedną myśl: jesteś za gruba. A zatem katowałam się dalej, przekonując wszystkich wokół, że przecież wszystko ze mną w porządku, jem normalnie, ćwiczę dla zdrowia, a zasłabnięcie i kroplówka w szpitalu to tylko niefortunny wypadek.

Parę lat później siedząc na kanapie u terapeutki, do której wybrałam się po tym, jak wykończyła mnie praca, dotarło do mnie w końcu, że zachorowałam wtedy na bulimię (co potwierdził też lekarz) i do dziś mierzę się z jej konsekwencjami. W tym momencie zastanawiasz się może, dlaczego o tym wszystkim opowiadam. Pewnie dlatego, żeby uświadomić sobie i Tobie, że wygląd absolutnie nie powinien być wyznacznikiem czegokolwiek. Bo nawet dziś, mając wciąż ogromne, hormonalne wahania wagi, czuję się dużo szczęśliwsza niż wtedy. Bardziej z siebie zadowolona. Wypoczęta, zadbana, spełniona. Nie idealna, nie kosmicznie pewna siebie, ale dużo bardziej spokojna, pogodzona ze sobą, własnymi lękami i słabościami.

W końcu po wielu, wielu latach zadbałam przecież o swoje samopoczucie, a nie wygląd. Stałam się swoją przyjaciółką, a nie wrogiem. Zaczęłam słuchać swoich potrzeb. Po prostu sobie samej odpuściłam. I choć nadal jest to burzliwa relacja, to zdecydowanie jest w niej więcej zrozumienia  i akceptacji niż przed laty.

Zaczęłam też pracować z kobietami, odkrywać ich piękno, uświadamiać – sobie i im, że fałdki, cellulit, asymetria i rozstępy są czymś tak naturalnym jak oddychanie. Za często słyszę od dziewczyn: przyjdę do Ciebie na sesję jak schudnę, i tak się w nic teraz nie zmieszczę, ale zrób tak, żeby nie było widać moich ud, ramion czy nosa, żeby nie reagować. Bo sama zbyt długo rezygnowałam z normalnego życia, tylko dlatego, że nie byłam zadowolona ze swojego wyglądu. I dopiero teraz po wielu latach znowu pozwalam sobie żyć. Być tą dziewczynką, którą opisywałam na początku. Wkładać kostium kąpielowy i dryfować na tafli jeziora. Zakładać krótkie spodenki i chodzić w nich całymi dniami po górach. Patrzeć na rozstępy i nie wymyślać miliona sposobów na ich usunięcie lub ukrycie.

I dziś, pisząc te słowa, czuję ogromną ulgę, bo w końcu zrzuciłam z siebie ten ciężar. Opowiedziałam swoją historię, jakich z pewnością wiele, ale słyszymy o nich tak rzadko, bo ich bohaterkami kieruje wstyd. A ja… już się nie wstydzę, bo staję się powoli kobietą, jaką chcę być.

Tą, która docenia siebie, żyje na własnych zasadach i spełnia się niezależenie od tego, jakie cyferki widzi na wadze. Właśnie tego Wam dziś życzę: żebyście czuły się szczęśliwe i kompletne. W każdym wieku i rozmiarze. Żebyście i Wy po prostu, po ludzku pozwalały sobie żyć i czerpały z tego życia pełnymi garściami.

Bo cholernie warto.