Piątkowy poranek. Słońce zagląda do okien. Patrzę na budzik, zwlekam się z łóżka. Jem śniadanie i zbieram się na rynek. Wypłacam 100 zł przy wejściu na targowisko. Mijam kolejne stoiska, zaglądam do nowej piekarni. Pamiętam pana – mówię. Rozmawialiśmy kilka miesięcy temu, gdy sprzedawał swoje chleby prosto ze skrzynek w przejściu między sklepami a straganami. Teraz ma swoją małą piekarenkę, a w niej same wypieki na naturalnym zakwasie. Ciężkie, pachnące i prawdziwe chleby. Wybieram żytni, wkładam do wiklinowego koszyka. Wychodzę ze sklepu i sprawdzam, jak pachnie. Robię zdjęcie i wysyłam narzeczonemu. W końcu bochenek wygląda znacznie lepiej niż ten, który próbowałam upiec tydzień temu.

Ludzie i rzeczy

Mijam kolejne stragany, uśmiecham się do ludzi, a oni do mnie. Bielizna po lewej, żółte narcyzy po prawej. Dalej warzywa, owoce. Biorę to, co zwykle. Oglądam miody, choć tylko sprawdzam, co mają. Moje kubki smakowe zakochały się już dawno w tych od księdza Marciniaka z Torunia. Jest mistrzem w swoim fachu. Zataczam koło, znowu wracam do miejsca, w którym byłam. Dostrzegam rząd staroci rozłożonych na desce. Chwytam pierwsze z brzegu ramki na zdjęcia. Większe po 2 zł, mniejsze dorzucę pani za złotówkę – mówi kobieta. Biorę. Mam 5 drewnianych ramek za 8 zł, interes życia.

Idę dalej. W kolejnej alei mój wzrok spotyka się ze wzrokiem staruszki. Jej pomarszczona twarz i grube kreski wokół oczu sprawiają, że moja wyobraźnia ożywa. Już widzę, jak podchodzi, chwyta mnie za dłoń i zachrypniętym głosem pyta – powróżyć panience? Nie ma jednak chusty ani szklanej kuli. Stoi nad skrzynką z talerzami, każdym z innej parafii. Oglądam. Lubiana, Włocławek – same klasyki. Wybieram kilka sztuk, płacę 10 zł  i odchodzę. Chcę już wracać, ale jak zwykle na koniec skręcam w alejkę, w której zazwyczaj starsi ludzie sprzedają to, co udaje im się zebrać lub wyhodować. Latem szczaw, wiosną bukiety kwiatów. Wychodzę za bramę i dostrzegam ją.

Starsza kobieta. Nie wiem, ile może mieć lat. 80? Siedzi przygarbiona na skraju krawężnika. Gruba kurtka, chusta zawiązana pod brodą, która osłania jej twarz przed wiatrem. Siedzi i zerka to w lewo, to w prawo, pocierając dłoń o dłoń. Podchodzę do niej. Stawiam koszyk na ulicy i przyglądam się asortymentowi jej mobilnego antykwariatu. Sztućce, solidne i duże, leżą w drewnianej skrzyneczce po lewej stronie. Tuż obok zestaw noży. A na folii rozłożonej tuż pod jej stopami kilka porcelanowych figurek i serwis kawowy z Włocławka. Zaczynam intensywnie myśleć o pochodzeniu tych przedmiotów. Czy to możliwe, że były prezentami ślubnymi, które dostali z mężem na nową drogę życia?

Kobieta zerka na zawartość mojego kosza. A powie mi pani, ile takie talerzyki kosztowały? – pyta. Grosze, ten złotówkę, ten dwie – odpowiadam zgodnie z prawdą. Dostrzegam grymas na jej twarzy. Jest zawiedziona, że przedmioty, które latami służyły całym rodzinom, dziś kosztują tyle co nic? Czy raczej tym, że nie może sprzedać tego, co z trudem, z racji wieku, przyniosła?

Chwytam jedną z filiżanek, pytam o cenę. 35 zł? Za sztukę. Dobrze rozumiem? Nie, tyle życzy sobie za cały serwis. 6 filiżanek, tyle samo podstawek, imbryk, cukiernica i mały dzbanuszek do mleka. Biorę. Kobieta pakuje naczynia, a ja zaczynam rozmowę. Jestem ciekawa, dlaczego sprzedaje tak piękne przedmioty, pamiątki.

Wie pani, ja wolę sprzedać, bo jak mnie już nie będzie, to wnuki wyrzucą na śmietnik, a mi szkoda. Poslużą pani. Będzie Pani zadowolona. Taki ladny zestaw. 

Śmietniki wspomnień

Wiem, o czym mówi. Często mijam kontenery, z których wysypują się wspomnienia. Zastawy, serwisy, pościele, meble. Co parę dni na różnych grupach na Facebooku pojawiają się posty informujące o tym, na jakiej ulicy wystawiono kawał ludzkiego życia. Ślubne posagi, prezenty urodzinowe, upominki od żony, męża. Meblościanki kupione za pieniądze z dodatkowych fuch. Kryształowe pucharki, w których w niedzielę były serwowane lody. Patery i blachy do ciasta pamiętające wszystkie chrzciny, komunie, wesela całej rodziny i sąsiadów.  I wreszcie albumy ze zdjęciami. Stare, płócienne, z powklejanymi czarno-białymi fotografiami, z których zerkają wyblakłe twarze.

Niepotrzebne graty. Brzydkie i niemodne bibeloty.

Jedyne, co pozostaje nam po bliskich, którzy odeszli. 

Żegnamy się,  kobieta wręcza mi foliówkę z Reala pełną naczyń, a ja jej dwukrotność kwoty, o którą prosiła. Tylko tyle zostało mi w portfelu.

Każdy element serwisu jest osobno owinięty gazetą. Nowościami toruńskimi z 2008 roku. Faktem z 2012. Nic się nie marnuje, wszystko dostaje nowe życie, idzie w obieg.

Patrzę na jej łagodną twarz. Jest spokojna, udało jej się zarobić cokolwiek, a jej historia nie trafi na śmietnik, tylko będzie żyć dalej u młodej kobiety, która właśnie zaczyna swoje dorosłe życie. Kiedyś opowie swoim dzieciom o staruszce z targowiska, której piękna polszczyzna i wschodni akcent przywodziły na myśl Hankę Ordonównę i czasy, w których rzeczy materialne miały jakąkolwiek wartość.