6.00 rano. Budzik zaciekle domaga się ułamka sekundy uwagi. Wybierasz drzemkę. Wiesz, że telefon zadzwoni jeszcze minimum 3 razy zanim się ockniesz. Chwytasz go w dłoń i z impetem wciskasz pod poduszkę, żeby dał Ci jeszcze choć chwilę spokoju. Dzwoni raz, drugi, trzeci. Wyłączasz i kładziesz tuż obok, w zasięgu wzroku, żeby mieć drania na oku. Już Ty wiesz, co z niego za ziółko.

Jak chcesz pospać jeszcze dosłownie 5 minut, to w tym czasie będzie brzęczał z 8 razy. Ale gdy mówisz sobie, że poleżysz jeszcze chwilkę nim wstaniesz, milknie jak głaz. Z chwilki robi się godzina, która w najlepszym przypadku oznacza, że nie będziesz dziś w pracy wyglądała jak Beyonce. W najgorszym, że ucieknie Ci sprzed nosa autobus, spóźnisz się i po drodze wpadniesz jeszcze na szefa, który za spóźnialskimi nie przepada.

God damn it, gorzej ten dzień nie mógł się zacząć?

A no mógł. Zamiast tę godzinę przespać, mogłaś ją poświęcić na scrollowanie Facebooka, Instagrama, zaległych rozmów na Messengerze, Slacku i przeglądanie mejli, które wpadły w nocy. Z dwojga złego, to już chyba lepiej się wyspać i spóźnić. Jeśli jednak należysz do tej pierwszej grupy, pozwól, że przedstawię Ci schematyczny scenariusz takiego poranka, a Ty daj znać, czy mam rację.

Przewracasz się na boczek, uchylasz delikatnie jedną powiekę, żeby się przekonać, że to już na pewno pora wstać. Jest i on, leżycie chwilę w bezruchu, w końcu nie wytrzymujesz próby sił. Chwytasz go w dłoń, odblokowujesz ekran i zaczynasz krucjatę przeciwko samej sobie. Na pierwszy ogień idzie Facebook. Oho, ten kupił dom, gdy ty wciąż gnieździsz się na wynajętych kilkunastu metrach. Tamta się zaręczyła, ten dostał awans. Inny zaczął podróżować po świecie lub zmienił samochód na pachnące nowością i milionami monet cacko prosto z salonu. Twój wewnętrzny Janusz smera Cię już podstępnie za uszkiem i szepcze czule, że pewnie się dobrze nakradł albo od kogoś dostał, albo…, co gorsza, wygrał. Scrollujesz dalej, robi Ci się trochę lepiej, bo trafiasz na śmieszne koty polujące na zdalnie sterowanego pluszowego węża. Tak ci mija kolejne 20 minut, czy tam życie. Dochodzisz do polityki, łamania konstytucji i aborcji, więc przerzucasz się na Instagrama. W końcu to miał być lekki poranek. No i jest.

Lekkie posiłki, lekkie treści, lekkie życie

Szybko poprzedniego dnia padłaś, więc witają Cię jeszcze zgliszcza wczorajszego wieczoru. Fotki z kolacji w basenie, na jachcie czy w najdroższej restauracji w mieście. Nieźle. Ty zjadłaś wczoraj kanapki przy Netflixie i w sumie było spoko, ale… to przecież nie to, co u innych. Twoja pensja ledwo wystarcza na urlop raz do roku, więc pozostaje Ci jedynie wzdychać do zdjęć ludzi, których obserwujesz. Możesz też wziąć kilka chwilówek i potem do końca życia pytać, czy warto było szaleć tak.

Ciskasz telefonem o łóżko. Zatapia się w kołdrze i przez chwilę masz nadzieję, że to studnia bez dna. Przepadł i po problemie. Gmerasz ręką w pościeli i wyławiasz swoją zgubę. Ok, jeszcze tylko szybki przegląd mejla zanim weźmiesz prysznic. Musisz wiedzieć, czy przez noc świat się nie zawalił. Błąd. Zawalił się mniej więcej trzy razy, a ton wiadomości wskazuje, że Twoje działania lub ich brak, wywołały tsunami, erupcję wulkanu i kryzys gospodarczy. Opcję są dwie. Możesz ruszyć na ratunek lub z rozkoszą podsycić płomień. Polecam to drugie 🙂

Możesz też powiedzieć sobie basta niczym Nosowska i zmienić parę złych nawyków na lepsze lub… mniej złe.

JA PAS!

Znasz to uczucie, co? Wstajesz rano i mówisz, że dziś jest ten dzień. Masz tyle energii, że mogłabyś zdobyć Mount Everest, a co dopiero zrezygnować z paru drobnostek. Tylko od czego właściwie zacząć? Nie wiem, nie znam magicznego sposobu, sama często się poddaję i próbuję od nowa. Takie początki zdarzają się nawet i 3 razy w tygodniu. Jeszcze jakiś czas temu pomyślałabym, że mam słomiany zapał i nie potrafię w żadnym postanowieniu wytrwać. Dziś myślę sobie, że to oznacza, że mam te 3 razy w tygodniu mega zastrzyki energii. A mogłabym leżeć cały tydzień pod kołdrą i udawać, że mnie nie ma. Jestem zatem na potężnym plusie. I’M GENIUS!

https://www.instagram.com/p/BtWK3KYlDHD/

Ale skoro już pokusiłam się o dzielenie własnymi doświadczeniami, to zaznaczę nieśmiało, że to nie kwestia 2 dni internetowej wstrzemięźliwości, a… kilku miesięcy! W tym czasie nic istotnego mnie nie ominęło, nie wypadłam z życia towarzyskiego, bliscy o mnie nie zapomnieli i ogólnie… nie było dramatów 🙂 Nad wypracowaniem satysfakcjonujących nawyków pracowałam jednak znacznie dłużej niż miesiąc i w końcu udało mi się osiągnąć fajną równowagę.

Mogłabym niby całkowicie z tego zrezygnować i byłoby po problemie, ale po prostu nie chcę. Dzięki mediom społecznościowym utrzymuję kontakt z przyjaciółmi, którzy na co dzień są daleko, pozyskuję klientów i mogę dzielić się z Tobą np. tym wpisem :). Nie taki wilk straszny jak malują. Wilka trzeba jednak umiejętnie oswoić i uczynić z niego przyjaciela, a nie wroga. 

Od czego zaczęłam?

Przez ostatnie kilka lat interesowałam się naprawdę wieloma rzeczami. Lajkowałam setki fanpejdży, obserwowałam masę profili, które dostarczały mi zarówno wartościowych treści, jak i rozrywki.  Z czasem jednak zainteresowanie minęło, a niekończąca się rzeka treści wciąż płynęła. Zakasałam zatem rękawy i zabrałam się do roboty!

Masowe unlike / unfollow

O ile na Instagramie sprawa była dość prosta, tak na Facebooku już niekoniecznie. Gdy zajrzałam do sekcji polubionych przeze mnie rzeczy, złapałam się za głowę. Zaczęłam po kolei odlajkowywać fanpejdże, ale po pięćdziesięciu się poddałam. Musiałam znaleźć innych sposób. 

AppDetox

Pobrałam aplikację, która ograniczała mi czas, jaki poświęcam na media społecznościowe. Irytowało mnie odruchowe sięganie po telefon pod byle pretekstem. Musiałam się tego oduczyć. Nie dość, że rozpraszało to moją uwagę i powodowało, że na niczym nie potrafiłam się na długo skupić, to jeszcze wywoływało chamskie zachowanie wobec bliskich. Bo jak inaczej nazwać gapienie się w telefon podczas wspólnego wyjścia lub jedzenia obiadu?

Wiem, że tego typu zjawisko ma nazwę. Mowa o FOMO, o którym więcej opowie Wam Hania.  Jestem w szoku jak na przestrzeni kilku lat zmienił się mój stosunek do bycia online. Na pierwszym roku studiów nie miałam nawet internetu w telefonie, a w mieszkaniu też z niego korzystałam rzadko.  Sytuacja zmieniła się, gdy zaczęłam realizować pierwsze marketingowe zlecenia, a potem pracować w agencji (zdalnie). W moich skrzynkach wciąż wisiała masa nieodczytanych wiadomości, a zadania radośnie piętrzyły się w narzędziu do organizacji pracy Zawsze pojawiało się coś nowego, co mogłam przegapić. A ja lubię mieć kontrolę. No i miałam. Często i gęsto. Z pracy zrezygnowałam, ale nawyk pozostał. AppDetox pomógł mi z nim trochę zawalczyć. Niby silna wola w zupełności by wystarczyła, ale nie w kwestii odruchów, z których nie do końca zdajesz sobie sprawę.

Zainstalowałam co trzeba i ustawiłam sobie limity na Facebooka i Instagrama. Pół godziny dziennie miało mi w zupełności wystarczyć na ogarnięcie najważniejszych rzeczy. Nie mam w mieszkaniu (i nie planuję mieć) telewizji, więc internet jest podstawowym źródłem mojej wiedzy o świecie. Rozwiązanie sprawdzało się do czasu, gdy dotarło do mnie, że przez te pół godziny ważne informacje nie mają szansy do mnie dotrzeć, a zamiast tego bezmyślnie scrolluję.  Postanowiłam więc rozwiązać to jeszcze inaczej. 

Instagram

Tutaj aplikacja sprawdza się świetnie. Pół godziny dziennie w zupełności wystarczy mi na publikację własnych treści, zajrzenie do osób, które lubię śledzić i wyłapanie ciekawych tekstów. Do Facebooka musiałam jednak podejść nieco inaczej. 

Facebook

Tutaj wyświetlało mi się najwięcej treści od znajomych, informacji o świecie, wydarzeniach. Oprócz tego było dużo śmiesznych kotków, lol contentu i clickbaitów.  Postanowiłam odinstalować aplikację z telefonu, a na komputerze zablokować news feed (za pomocą wtyczki Kill News Feed).

Chciałam ograniczyć korzystanie z Facebooka do wrzucania własnych treści, odwiedzania fanpejdży lub profili ulubionych blogerów i bliskich, no i sprawdzania informacji o wydarzeniach kulturalnych. Zanim się do tego zabrałam, zrobiłam listę blogów, na które chcę zaglądać, wykupiłam prenumeratę najczęściej czytanych gazet (aby wiadomości ze świata mi nie umknęły) i z wielką radością ograniczyłam romansowanie z Facebookiem. 

https://www.instagram.com/p/BnObsAAF8Vt/

Jakie są skutki tej zmiany?

Może nie jestem najbardziej wyluzowanym człowiekiem we wszechświecie, ale bardziej panuję nad informacjami, które do mnie docierają. Dzień zaczynam od leniwego śniadania, miziania kota i słuchania ulubionej muzyki, a nie od psucia sobie humoru poranną dawką złych wieści. 

https://www.instagram.com/p/BueVepvFcmX/

W komunikacji miejskiej czytam książki (dzięki, Ola!), opcjonalnie występuję też w teledyskach. Ale to tylko wtedy, gdy siedzę przy oknie.  Wiadomo. Poza tym chodzę na długie spacery, do kina i na wystawy, czyli korzystam z tego, co realnie mnie omijało. W ciągu ostatnich kilku miesięcy zrobiłam dla siebie więcej niż przez całe 2 lata. Zatem… czy warto? Jak najbardziej! Nie ma nic fajniejszego od przeżywania fajnych chwil z bliskimi i… z samą sobą 🙂